Inni inaczej, czyli niepoprawnie piękni

Inni inaczej – to następny felieton Anny Rychter  z cyklu „Przez dziurkę w kurtynie” m.in. o tym, że tolerancja to w Polsce niezbyt lubiane, górnolotne, obce słowo, puste jak wydmuszka.

 

INNI INACZEJ, CZYLI NIEPOPRAWNIE PIĘKNI

Inni inaczej, czyli niepoprawnie piękniInni inaczej -Podobno nie ma świecie dwóch identycznych osób, a paszporty biometryczne ze śladami linii papilarnych są jedynym wiarygodnym dowodem, stwierdzającym tożsamość każdego człowieka.

Czy jednak potrafimy na co dzień uszanować indywidualność, niepowtarzalność, wyjątkowość, która stanowi podstawę naszego istnienia?

Z własnego doświadczenia wiem, że tolerancja to w Polsce niezbyt lubiane, górnolotne, obce słowo, puste jak wydmuszka.

Wystarczy zwyczajnie różnić się czymkolwiek, żeby od razu wypaść poza stereotypowe ramy, w które tzw. większość chętnie się wpasowuje, rubasznie rozpierając na boki twardymi łokciami. Jakakolwiek inność wzbudza od razu kąśliwe uwagi, niechęć, chłodny dystans, a bywa, że nawet fobie, histerię, czy nienawiść.

I nie chodzi tu bynajmniej o poglądy polityczne, narodowość, czy wyznawaną religię, a jedynie o … kolor włosów. Konkretnie: kolor rudy.

Jako osoba wyposażona przez naturę w tę właśnie barwę włosów, nie będę tu z szacunku do siebie samej i wszystkich pokrewnych mi w tej materii dusz, przytaczać tysięcy prymitywnych kawałów, chamskich uwag i ksenofobicznych obsesji, które od dzieciństwa stygmatyzują naszą inność wśród poprawnej, pospolitej szarości.

Bo biada temu, kto w kraju nad Wisłą odważył się urodzić zdecydowanie Jasnym Blondynem, Płomiennym Rudzielcem albo Atramentowym Brunetem. Przy inkwizycyjnym stole średniowiecznych przesądów Poprawnie Poszarzali na poczekaniu dorobią Niepoprawnie Pięknemu pokrętną, abstrakcyjną genealogię, z której na rodzimym gruncie nigdy się już nie wytłumaczy. Potem zaś, w majestacie obyczajowej tragikomedii z prawomyślną lubością powiodą na ułożony z Innych Inaczej heretycki stos odszczepieńców.

Nie do wiary, że wszystko to ma miejsce w środku starego kontynentu, w XXI wieku, w katolickim państwie, należącym do Unii Europejskiej, gdyż mroczną głębią raczej przypomina afrykańskie wsie, gdzie do dzisiaj zażarcie poluje się na Murzyńskie Dzieci Albinosy, mające według Wszystkowiedzących Plemiennych Szamanów swoją Bladą Innością zatruwać wodę, sprowadzać choroby i wywoływać klęskę suszy.

Jednak na szczęście dla rudości moich włosów przekonałam się, że są na świecie miejsca, gdzie Inny Inaczej, znaczy piękny, podziwiany, zjawiskowy.

Dawno temu, gdy częściej bywałam młoda i ciekawa świata, a dalekie podróże stanowiły podniecające wyzwanie, znalazłam się na owocowo-warzywnym bazarze w jakimś małym, gruzińskim miasteczku. Ostatni dzień azjatyckiej wycieczki był okazją do zaopatrzenia się we wszelkiego rodzaju dary natury, w które obfitowała gościnna, kaukaska ziemia. W połyskujących promieniach wrześniowego słońca pyszniły się wystawione na pokuszenie kupujących kiście dorodnych winogron, brudnym różem falowały przejrzałe piramidy granatów, głębokim fioletem migotały obłe bakłażany. Wokół pełno było też nieznanych mi zupełnie, egzotycznych dla Europejczyków owoców i warzyw, które miałam ochotę brać całymi garściami i smakować zachłannie z czystej ciekawości. Lecz czas odjazdu zbliżał się nieubłaganie, toteż skupiona na wybieraniu co piękniejszych okazów, nie zwracałam najmniejszej uwagi na sprzedających, aż w pewnym momencie wyraźnie poczułam na sobie ciężar czyjegoś wzroku. Przyciągnięta telepatyczną siłą, instynktownie spojrzałam w górę, ponad strome, różnobarwne pryzmy i zobaczyłam młodego, wysokiego chłopaka w moim wieku,

który z założonymi na piersiach rękami bacznie wpatrywał się we mnie, jakby ujrzał nadprzyrodzone zjawisko. Harmonijnie zbudowany, smukły, oliwkowy Gruzin, wyglądał jak dostojny półbóg z bizantyjskiej mozaiki, zastygły na wieki w aureoli z amarantowych winorośli. Krótkie, lśniące włosy były tak głęboko czarne, że wraz z wyraźnie zarysowanym zarostem, tworzyły granatową poświatę wokół cudnej twarzy o idealnie proporcjonalnych, ostrych rysach. Był pięknem w czystej postaci, kwintesencją doskonałości, modelowym wzorem do kopiowania dla wszystkich artystów. Zachwycona niecodziennym pięknem posągowego młodzieńca, stałam jak wryta przez dłuższą chwilę, aż on, kocim ruchem zrobił krok do przodu, opuścił drewniany piedestał, z którego obserwował cały bazar i w jednej chwili znalazł się tuż obok mnie. Pozbawione źrenic wypukłe agaty wielkich oczu patrzyły uważnie wprost w moją twarz, jakby chciały wedrzeć się do wnętrza duszy.

– Czy mogę dotknąć twoich włosów?- Trochę przestraszyło mnie to pytanie, dość nieśmiało zadane po rosyjsku.

Spłoszona, nie wiedziałam, czy dobrze rozumiem język, którego wtedy od dzieciństwa obowiązkowo uczył się w Polsce każdy obywatel.

– Dotknąć? Włosów? Moich? Nie rozumiem… dlaczego? Po co ci moje włosy? – Zdenerwowana wyrzuciłam z siebie gardłowe pytanie, cofając się odruchowo na bezpieczną odległość.

– One są prawdziwe? Te twoje włosy… prawda, że są prawdziwe? – Upewniał się, jednocześnie podchodząc do mnie.

– No, tak… są moje… własne… niestety… – Dodałam ciszej, bo wciąż nie byłam pewna, o co mu chodzi.

Ośmielony tym stwierdzeniem chłopak, położył rękę na mojej głowie i powoli zaczął przesuwać ją po długich włosach, przesypując je między smukłymi palcami, pasmo po pasmie.

– Nigdy jeszcze nie widziałem takiego cudu… – Mruczał niemalże wprost do mojego ucha. – Jesteś jak jesień w naszych górach… tyle masz złota i miedzi, i brązu i słońca w sobie… – wciąż delikatnie rozczesywał moje włosy . – A do tego w oczach szmaragdowa zieleń… ech, dziewczyno, dziewczyno będziesz tu znowu jutro? Przyjdziesz po mnie razem z jesienią? Będę na ciebie czekał… – Nie zauważyłam nawet kiedy jego wścibskie ręce bezkarnie przesunęły się z włosów i już miękkim ciepłem dotykały moich ramion i szyi. Czułam, że jeszcze chwila, jeszcze jedno jego słowo, jedno muśnięcie dłoni, a odlecę gdzieś wysoko, w te atramentowe góry, królujące ponad nami, w tę rudą jesień, co właśnie gościnnie przybywa, sypiąc złotem i wreszcie, spełniona, zagoszczę w siódmym niebie…

Niestety, z ekstatycznego stanu wyrwał mnie donośny głos pilota naszej wycieczki, który tubalną polszczyzną wszem i wobec obwieszczał, że czas zakupów minął i za 5 minut mamy wszyscy być już przy autokarze…

Patataj, patataj, patataj…

Anna Rychter
https://www.facebook.com/anna.rychter.12?fref=ts

inni

inni – inny

zaimek nieokreślony; nie ten sam; drugi, pozostały; nie taki sam, różny, zmieniony, nowy; w użyciu rzeczownikowym: ktoś inny

inni

inni – inny

drugi, pozostały człowiek; inna osoba, ktoś inny
http://sjp.pl/inny


#tolerancja