Monopol na dyrektorowanie

Monopol na dyrektorowanie to dosyć powszechna choroba, która dotyka niektórych dyrektorów teatru, którym to wydaje się, że żaden teatr bez nich się już nie obędzie.

 

monopol na dyrektorowanieBolesna prawda o tej chorobie jednakowoż jest taka, że to oni raczej nie mogą się obejść bez dyrektorowania czymkolwiek – choćby nawet kioskiem Ruchu.

Monopol na dyrektorowanie to syndrom nieodwracalnych zmian w mózgu, które polegają na tym, że taki człowiek tak samo, jak większość polityków nie rozumie tego, że dyrektor to nie jest żaden zawód, lecz funkcja, którą się pełni w służbie teatru.

Na naszym śląskim podwórku mamy ostatnio jeden jaskrawy przykład takiej formy megalomanii, ale w Łodzi przerosło to już granice absurdu, albowiem tam jeden dyrektor, pod postacią Pana Nowickiego prowadzi równocześnie dwa teatry.

Czyli mamy monopol na dyrektorowanie do kwadratu.

Co prawda artykuł jest sprzed roku, ale o ile mi wiadomo, oprócz tego, że Waldemar Zawodziński poszedł po rozum do głowy i już nie dyrektoruje Teatrowi Wielkiemu, niewiele się zmieniło.

 

Złota Dynia 2013: Dyrektorski tandem z Jaracza i Wielkiego

O łódzkim monopolu Nowickiego i Zawodzińskiego milczy się, bo lata prowincjonalizacji naszego życia kulturalnego wymazały Łódź ze świadomości ogólnopolskich mediów – pisze Aleksandra Barańska z Obywatelskiego Forum Kultury.

Wybór może zaskakujący – tegoroczna Złota Dynia, nagroda dla zombie kultury, została przez nas przyznana aż dwóm łódzkim instytucjom: Teatrowi Jaracza i Teatrowi Wielkiemu. Obiema placówkami kieruje tandem: Wojciech Nowicki i Waldemar Zawodziński.

Dla łódzkich bywalców kulturalnych wybór z pewnością zaskakujący, bo przecież o obu dyrektorach media na naszej prowincji piszą w samych superlatywach, a lokalni politycy prześcigają się w komplementowaniu dyrektorskiego teamu. Na niedawnej rocznicy 125-lecia stałej sceny w Łodzi („okrągłej rocznicy” – chciałoby się powtórzyć za Barejowskim Misiem) panowie Nowicki i Zawodziński dumnie wypinali pierś pod ordery, co posłanka Śledzińska-Katarasińska lukrowała komplementami, że „Teatr Jaracza jest nie tylko największym teatrem w Polsce [ale i] jednym z najlepszych” i dzieliła się marzeniem przemienienia ulicy Jaracza w „aleję gwiazd teatru polskiego”, a nonsensom tym przyklaskiwali miejscowi włodarze. Nonsensom, bo nie sposób ustalić gdzie bije źródło tego zachwytu, z którego czerpie posłanka Katarasińska.

Ostatnie lata Jaracza – teatru korzystającego z jednej z największych dotacji w Polsce – to czas prowincjonalizacji tej instytucji: na scenach przy wyśnionej „alei gwiazd teatru polskiego” nie zrodził się żaden wielki reżyserski talent ostatniego czasu, a niemal wszyscy wielcy ze starszych pokoleń nie podejmowali tam pracy. Nie było spektaklu, o którym napisze się kiedykolwiek nawet w obszernej historii teatru ostatniej dekady, nie odkryto nowego nurtu dramatopisarskiego, nie wypracowano ważnej koncepcji estetycznej. Realizowano ot, przyzwoity teatr, którego największą zaletą był brak obyczajowych, politycznych i finansowych skandali, a znakiem rozpoznawczym samozadowolenie i podążająca za nim krok w krok stagnacja.

Najlepiej widać to w corocznych ankietach miesięcznika „Teatr” Najlepszy, Najlepsza: gdy kilkunastu recenzentów ogólnopolskich wskazuje na najciekawsze zjawiska i wydarzenia teatralne w kilkunastu kategoriach. Co roku wskazań bywa kilkaset, ale wskazań na teatr Jaracza jest coraz mniej. W ocenie minionego sezonu na Jaracza wskazano jedynie raz: i nie chodzi o to, że lepsze – częściej wskazywane – są teatry w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku. Od dawna Jaracza wyprzedzają teatry ze Szczecina, Bydgoszczy, Wałbrzycha. Ale w tym roku na łopatki położył Jaracza nawet teatr w niewielkim Kaliszu. Niemniej dyrektor Nowicki wciąż pozostaje pełen zadowolenia. I marzy. Choć zgoła o czymś innym niż posłanka Katarasińska: o regionalnej scenie łódzkiego Jaracza zainstalowanej w stolicy – to tę wizję przyszłości sceny roztaczał na jubileuszu przed tutejszymi politykami. Czy widział kto większego wirtuoza gry na kompleksach łodzian? Czy umiałby kto lepiej trafiać do serca tutejszych włodarzy?

Od 2011 roku dyrektorski tandem okazał się – według Zarządu Województwa Łódzkiego – jedyną nadzieją dla Teatru Wielkiego i tak doszło do unii personalnej scen przy Jaracza i Placu Dąbrowskiego. Gdyby urząd antymonopolowy monitorował kulturę, do nominacji może i by nie doszło. Niestety nie monitorował.

Łodzianie otrzymali więc niekończący się festiwal teatralnych wizji Waldemara Zawodzińskiego, który wcześniej nadał kształt Jaraczowi. Poprzestańmy na premierach w wyremontowanym Wielkim: kwiecień – Zawodziński tworzy scenografię i reżyserię światła w „Annie Bolenie” (Janina Niesobska reżyseruje i tworzy ruch sceniczny); maj – Zawodziński z Niesobską wspólnie reżyserują i inscenizują (ciekawe, jak odróżnić jedno od drugiego?) „Toskę”, Zawodziński tworzy też scenografię; czerwiec – Zawodziński tworzy scenografię do „Madamy Butterfly” (a Niesobska reżyseruje i inscenizuje).

To, że nie ma żadnego pomysłu na Teatr Wielki było jasne już przed zakończeniem remontu: usilnie forsowana idea grania oper na niewielkiej scenie niedużej sali Jaracza była dowodem na brak jakiejkolwiek wizji rozwojowej dla zespołu. Jak remontowała się Opera Wrocławska i występowano w Hali Ludowej, to jej zespół nauczył się grać w wielkiej skali Wagnera, zyskując specjalizację. Łódzka opera, jeśli już musiała grać w Jaraczu (choć przecież można było próbować grać w wyremontowanym Teatrze Muzycznym, pokonując uprzedzenia marszałkowskiej instytucji kultury do instytucji miejskiej) to mogła się chociaż nauczyć przy tej okazji grać repertuar kameralny, może barokowy – nie nauczyła. Po otwarciu łodzianie otrzymali banalną mieszankę żelaznych pozycji. Łódzki Wielki jest dziś operą prowincjonalną, której jedynym znakiem rozpoznawczym pozostaje patyna i inscenizacyjna monotonia.

Teatr Wielki i Teatr Jaracza chorują na tę samą chorobę, a objawy tuszują dzięki budowanej na pijarze pozycji dyrektorów, których nie potrafią ocenić słabiutkie lokalne media. Monopolowi niespotykanemu w żadnym innym mieście. Gdy w zeszłym roku Tadeusz Słobodzianek stał się dyrektorem Teatru Dramatycznego i Teatru na Woli, środowisko teatralne i recenzenci bili na alarm, a przecież pozycja Słobodzianka w mieście, które ma kilkanaście teatrów jest nieporównywalnie słabsza od monopolistycznej pozycji Nowickiego i Zawodzińskiego. Jednak o łódzkim monopolu milczy się, bo lata prowincjonalizacji naszego życia kulturalnego wymazały Łódź ze świadomości ogólnopolskich mediów. A dla wielu łodzian, w tym dla posłanki Katarasińskiej i Zarządu Województwa Łódzkiego na bezrybiu i rak ryba. Więc cieszmy się scenami „dostatecznie wybitnymi jak na Łódź” (parafrazuję tu pewną radną , która kilka lat temu rozdawała karty w łódzkiej kulturze).

A potem, zastanówmy się, czemu otwarcie po remoncie Teatru Capitol we Wrocławiu było ogólnopolskim wydarzeniem, a inauguracja przebudowanego Teatru Wielkiego przeszła bez echa. Zastanówmy się, czemu organizowany w Jaraczu festiwal Nowa Klasyka nie wzbudza choć części tego zainteresowania, co warszawskie WST, wrocławski Dialog, toruński Kontakt, poznańska Malta, krakowskie Reminiscencje, lubelskie Konfrontacje. Czemu o trwających właśnie w Wielkim Łódzkich Spotkaniach Baletowych, niegdyś jednym z najważniejszych europejskich festiwali tańca niemal się dziś nie mówi.

I może jakoś uda się te kiełkujące wątpliwości połączyć z ogłoszonym właśnie werdyktem komisji konkursowej szukającej nowego dyrektora dla Teatru Muzycznego w Gdyni. Po przesłuchaniu kandydatów, ocenie ich propozycji i osiągnięć uznano, że nikt nie gwarantuje ciekawego rozwoju tej sceny. A w konkursie wspólną kandydaturę złożyli między innymi Waldemar Zawodziński i Michał Lenarciński (znany nam wieloletni łódzki dziennikarz, miłośnik Jaracza, przed laty pogrążający w miałkości Festiwal Dialogu Czterech Kultur, obecnie mający posadę w Wielkim). To nie chodzi o to, że przegrali z jakimiś międzynarodowymi gwiazdami. To nie był wimbledoński mecz Janowicza z Djokoviciem. Komisja w Gdyni [komisja w Urzędzie Marszałkowskim w Gdańsku – przyp. e-teatr] uznała, że nikt z kandydatów nie powinien zostać dyrektorem. Zawodziński z Lenarcińskim – by kontynuować tenisowe porównania – przegrali z graczami, którzy nawet nie potrafili zaserwować, by zdobyć jeden punkt. Ale wrócą do Łodzi, spojrzą z samozadowoleniem na reklamowe mega-szmaty wiszące na fasadzie Teatru Wielkiego (szmaty, które mówią wiele o estetycznej wrażliwości włodarzy tego miejsca oraz ich kreatywnym podejściu do nowoczesnej reklamy) i wraz z Nowickim będą odpowiedzialni za największe i najdroższe łódzkie sceny.