Trzy kobiety koncert na trzy głosy

Trzy kobiety koncert na trzy głosy – to przepiękna recenzja Janusza Muzyczyszyna z wczorajszej prapremiery polskiej Trzech Kobiet w Teatrze ŚwiętochłOFFice.

Trzy kobiety koncert na trzy głosy


„Trzy kobiety” Sylwii Plath w Teatrze ŚwiętochłOFFice

Główną pozycją menu dzisiejszej uczty duchowej w Teatrze ŚwiętochłOFFice była sztuka „ Trzy kobiety ” Sylwii Plath. Była to polska prapremiera, przygotowana i wyreżyserowana przez Dariusza Jezierskiego.

Długo wahałem się, czy ja, facet, mam prawo napisać cokolwiek o tym wydarzeniu artystycznym. Przez godzinę czułem się bowiem jak intruz, który w brudnych butach wdarł się nieproszony w intymny świat kobiet. Kobiet, które opowiadały o swoich przeżyciach, odczuciach, emocjach i bólu związanych z ciążą, macierzyństwem ale i poronieniem.

Trzy kobiety i trzy historie. Trudno mężczyźnie autorytatywnie stwierdzić, czy to co przekazywały aktorki jest bliskie, czy nie, temu co przeżywają kobiety w tak specyficznym stanie. Ja ani przez moment nie miałem wrażenia, że oglądam grę aktorską. Młode aktorki, z których żadna jak się później w trakcie rozmowy po spektaklu okazało, nie jest jeszcze matką, pokazały tak autentycznie, plastycznie a przede wszystkim przekonująco wszystkie swoje odczucia i emocje, że prawie uwierzyłem, że nie jestem widzem w teatrze a słuchaczem osobistych zwierzeń kobiet „po przejściach”.

Trzy kobiety

  • pierwsza, u której uczucie macierzyństwa budzi się powoli, stając się wreszcie czymś w rodzaju misterium, która zapomina o wcześniejszym bólu i wahaniach trzymając na rękach nowonarodzonego synka i w której budzi się miłość do swojego dziecka;
  • druga – która zaszła w niechcianą ciążę i źle ją znosi, nie akceptuje mającego się narodzić dziecka. Przechodzi trudny poród i w końcu widzimy, jak powoli zaczyna akceptować swoją córeczkę;
  • i trzecia kobieta, dla której ciąża jest początkowo jakby jednym z wielu epizodów codziennego życia miedzy pracą, szefem, domem i mężem, nagle uświadamia sobie uczuciową i emocjonalną „wagę” tego wydarzenia – niestety dopiero po tym jak poroniła.

Trudno mi wyróżnić którąkolwiek z trzech młodych aktorek – Marta Dobrowolska-Rezinkin, Anna Maksym i Agata Śliwa były w swoich rolach do bólu autentyczne. Dla mnie był to koncert „na trzy głosy”.

Po wyjściu z teatru uświadomiłem sobie, że panowie powinni aktywnie współuczestniczyć w przechodzeniu swoich partnerek przez cały okres ciąży po to, aby choć spróbować zrozumieć co się dzieje z ich kobietami w tym okresie i że nie każda z nich i nie zawsze musi być zachwycona taką zmianą w swoim życiu. Słowem – panowie więcej uczucia i współczucia dla swoich pań.

Słowa uznania należą się twórcy tego wydarzenia artystycznego – panu Dariuszowi Jezierskiemu. Po raz kolejny bowiem udowodnił widzom, że ma w sobie dar uruchomienia w kobietach-aktorkach takich pokładów uczuć i emocji, które wchłaniają wręcz widzów do świata granych przez nie postaci. Takie same odczucia mieliśmy bowiem przy oglądaniu monodramu „Aparat, który dała mi matka”, (zob. tutaj).

Okazuje się, że aby osiągnąć sukces sceniczny nie trzeba wystawiać premiery w najbardziej znanym teatrze w kraju, nie trzeba epatować nagością i seksem, ani nie używać obrazoburczych eksponatów i wulgaryzmów. Nie są potrzebne wystawne dekoracje ani wytworne stroje. Wystarczy: poruszający temat, dobry reżyser i świetni wykonawcy, stanowiący razem jeden „organizm twórczy”. Niewiele, prawda?

Wszystkim miłośnikom dobrego teatru szczerze polecam to przedstawienie. Jeśli nie możecie przyjechać do nas na Górny Śląsk, to zapraszajcie ten zespół do siebie. Uczta zapewniona!

Polecam również Państwu wypowiedź Dariusza Jezierskiego na temat tej sztuki tutaj.

A Szanowne Czytelniczki mojego bloga gorąco proszę o Wasze refleksje po tym przedstawieniu. Piszcie komentarze pod tym postem. Wszystkie będą zamieszczone!

Na zakończenie w podziękowaniu dla wspaniałych aktorek, przepraszając za wtargnięcie w intymny świat, którym się z nami podzieliły – załączam mój wiersz, niejako „na temat”.

Syn

Okruszek, wyłoniony z morskiej piany

– nie dane mi było tego widzieć

Pierwszy krzyk jak skrzek pisklęcia

– nie słyszałem go

I pierwszy dotyk

– jaki on jest malutki

I pierwsza myśl

– mój syn.

 

Wiersz ten ukazał się w grudniu ub. roku w tomiku „Dziewczyny, kobiety, czas”.

Janusz Muzyczyszyn

http://www.muzyczyszyn.pl/recenzje/kobiety-sylwii-plath-teatrze-swietochloffice/


#trzykobiety