Tags

Related Posts

Share This

Wertmann postrachem Gdańska

Wertmann postrachem Gdańska – to oprócz recenzji Anny Wertmann z Króla Leara, krótka krotochwila na temat kuluarów Festiwalu Szekspirowskiego.

 

Wertmann postrachem GdańskaOtóż, jak donosi Mossad nasza dzielna Wertmann zdążyła już zasłynąć tym, że obsztorcowała naczelnego Irokeza Rzeczpospolitej (http://www.kempinsky.pl/wertmann-wali-w-leb/), który ponoć miał się zapytać w biurze festiwalowym, kim jest ta bezczelna dziennikarka, której nie wpuści do swojego teatru.

Otóż śpieszymy odpowiedzieć, Wertmann to nie dziennikarka, a najwyższych lotów krytyk teatralny i śmiemy też przypomnieć, że w odróżnieniu do pełnienia funkcji dyrektora, którym się bywa, krytykiem teatralnym jest się z zawodu przez cały czas.

A poza tym w kuluarach aż się gotuje od głosów, że Pan Irokez odgryza własny ogon i mnożą się spekulacje na temat kto będzie już niedługo nowym dyrektorem w „jego” teatrze.

Poniżej zamieszczam także recenzję pani Wertmann z Króla Lera Pawła Miśkiewicza.

Recenzja, z którą się całkowicie nie zgadzam, ale nie po to jest ten blog, żebyśmy sobie tylko kadzili i głaskali się wzajemnie po plecach i nie po to jest teatr, żeby przez wszystkich bezkrytycznie był przyjmowany w taki sam sposób.

Być może trzeba to przypomnieć Irokezowi i kilku jemu podobnym.

Amen

 

 

Dyptyku krakowskiego część druga. O starości, roztropności w sądach i życiowej rozwadze.

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień drugi. Nowe spojrzenie Pawła Miśkiewicza na „Króla Leara” z wątkiem Godotowym i cytatami, czyli „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?”, kontestuje i komentuje Anna Rzepa Wertmann:

Przyznam się otwarcie: mam z tym spektaklem kłopot, i to duży. Bardziej byłam ciekawa podejścia Jerzego Treli do słów i emocji Leara, przefiltrowanych przez doświadczenie życiowe, pamięć sceny, własny bagaż przeżyć. Twórczości Pawła Miśkiewicza zupełnie nie znałam, czekałam na sam spektakl, wizję inscenizacyjną, pomysł na władcę, który odchodzi, nie wiedząc, jaki los sobie szykuje. Wiedziałam, że chcę zobaczyć, absolutnie nie zdając sobie sprawy na skok z jak wysokich blank mam się szykować… Takie teatralne wyzwania tygrysy kochają najbardziej. Gdy postawione przed faktem dokonanym, muszą sobie radzić swoim intelektem, ostrością spojrzenia, przenikliwością i perfekcjonizmem, analizować, rozważać, czytać kontekst „pomiędzy słowami”.

 

Spodziewałam się tekstu Williama, może zmienionego, zmodyfikowanego; na spotkanie z niekochanym i niezrozumianym do końca Samuelem Beckettem nie byłam ani trochę gotowa. Ale w końcu nie po to idzie się do teatru, by wszystko było przewidywalne, uładzone, ugłaskane; pazur być musi – tutaj był wielgachny szpon, i to niejeden.

Pierwsze wrażenie: zaraz, zaraz – widownia jest na scenie?! Ciekawe… Sceniczne „bebechy”, czyli: liny, lampy, rampy, sztankiety, elektryka, kable. Rząd ascetycznych drewnianych krzeseł, kamieniste torowisko, coś wiszące w rogu. Okazało się, iż była to… zjeżdżalnia ewakuacyjna, element scenografii, który zagrał na równi z żywymi aktorami; w pewnym momencie swoisty „Deus ex machina”. Olbrzymi metalowy hobok, wypełniony krzesłami, pchany po torowisku (tyle tylko Learowi – już nie władcy, a ojcu staruszkowi na łasce córek wszechwładnych – pozostało z dobytku i dobrobytu przez lata zdobywanego), trzykołowa terkocząca wapniarka znacząca linie graniczne dziedzin i królestw. Wszechobecna szarość, czerń, grafit, przełamana pyłem i kamieniami: cudowna zwyczajność, niezwykła burość, pozorna prostota scenograficzna wykoncypowana przez Barbarę Hanicką. Marek Kozakiewicz swoim surowym i wręcz technicznym operowaniem światłem oraz grą teatru cieni nie dość, że pogłębił tą całą codzienną brudną szarość, to jeszcze w dużej mierze zbudował dramaturgię kilku ważnych scen. Dzięki minimalnemu operowaniu w zasadzie dość sztampowa rozmowa Edgara z ojcem oraz pojedynek z Edmundem nabrały iście hitchcockowskiego sznytu i dramaturgii. Dziełem Marka Kozakiewicza były także projekcje multimedialne w tle, świetnie zgrane z tempem i rytmem spektaklu, budujące napięcie i – co coraz rzadsze na polskich scenach – w dobrym stylu, nienachalne, nienarzucające się uwadze widza.

Scenografia Barbary Hanickiej prócz tego, że jest obecna i gra, jeszcze brzmi. Choć Paweł Miśkiewicz zafundował widzom jeszcze inną frajdę: żywy kwartet dęty. Andrzej Czechowski, Ryszard Osiak, Eugeniusz Studnicki oraz Marek Włodkowski prócz tego, że dmą i dźwięczą, toć stają się jeszcze prawie połową rycerzy Learowych, a czasem sędziami w procesie cór wyrodnych. Takie to cuda wieszcza czasem w krakowskim „Słowackim” się pomieszcza, a widzowie ze wszech miar zadowoleni byli (ci w gdańskim „Wybrzeżu”; ręczę, sama widziałam i słyszałam!). Ascetyczne dźwięki, ale takie być muszą i winny. Tu nie miejsce na zabawę; tutaj prawią o starości, odrzuceniu, egoizmie, rozczarowaniu, bólu i samotności. Lear – ojciec nader szybko się przekonuje, że Lear – władca dał za dużo, za bardzo zaufał, za bardzo rozpieścił. Nazbyt ufał słowom lepkim jak baklawa, zatykającym uszy i zamulającym rozsądek, zagłuszającym ogląd serca i rozumu. Szczerość mało kto kocha, wszyscy raczej źle ją przyjmują. Słowa Błazna (arcyplastycznego i wyrazistego Grzegorza Mielczarka) do Leara (jeszcze wtedy Króla i dumnego władcy) są i winny być w zasadzie traktowane uniwersalnie: Dziwne, że Ty i Twoje córki to jedna rodzina. One chcą mnie bić za prawdomówność, ty za kłamstwo; a czasami obrywam za to, że siedzę cicho.

W inscenizacji Pawła Miśkiewicza ta kwestia akurat nie pada; dla mnie jest jedną z fundamentalnych i znaleźć się w tym tekście musiała. Koniec końców nie tylko u Williama błazny są zwykle największymi mędrcami. Lecz, czy ktoś Ich słucha i jak na tym wychodzi, to już zupełnie inna historia.

Nie dziwota więc, że wianem Kordelii (Moniki Frajczyk, mojego prywatnego zachwycenia aktorskiego) stało się wygnanie, wymazanie z serca i pamięci ojcowskiej. Wolała prawdę i do końca walczyła czysto, choć o okruch ojcowskiej akceptacji i sympatii, na wzajemność raczej nie licząc. Chodziło jej o ojca, jego dobro, troskę, powinność dziecka wobec Rodzica, miłość i szacunek.

Ona i Edgar (prawowity syn lorda Gloucester) są szczerzy, prawdziwi – lecz mimo to płacą za swą wierność i prawość gniewem i banicją. Różnica jest taka, że Kordelia cały czas jeszcze próbuje walczyć, zrozumieć, dostosować się… Edgar (Paweł Tomaszewski – chapeau bas) staje się z musu banitą, wyrzutkiem, schodzi na margines życia, społeczeństwa, wręcz człowieczeństwa. Ktoś jest w stanie po siedmiu latach takiej poniewierki w Głupim Tomku rozpoznać, odnaleźć dumnego i szlachetnego syna lorda, czy to w ogóle jest jeszcze możliwe?!

Inną sprawą jest to, jak często rodzice mylą się w ocenie uczuć i prawości tych, którym dali życie. Wyedukowali, wychowywali, hołubili, dali co mieli najlepszego i najcenniejszego; w jesieni życia winni dostać opiekę, troskę, ciepło, zrozumienie, minimum zrozumienia dla swej nieporadności wynikłej z wieku i szwankującego organizmu. Przerzucanie rodzica jak zbędnego balastu („No bo ja mam uzdolnione muzycznie dziecko, a ty masz większe mieszkanie; nie upchniesz mamy na dwa miesiące w jakimś pokoju, tam gdzieś nad garażem? No przecież to też twoja matka” – znamy? Aż za dobrze.), Domy Spokojnej Starości czy unikanie kontaktów i zasłanianie się pracą lub nadmiarem obowiązków to czystej klasy tchórzostwo i zwyczajne świństwo wobec tych, którzy nas stworzyli i wychowali. Brak klasy i zwyczajnej kindersztuby zmilczę. Tak już większości z nas odbił kult piękna i wiecznej młodości, że nas zwyczajnie mierzią ludzie w sędziwym wieku (od których zasadniczo winniśmy się uczyć i których ewidentnie winniśmy przede wszystkim z racji wieku szanować). Może przy okazji „Króla Leara” należałoby sobie przypomnieć nie Becketta, a tego, który tu dużo bardziej na miejscu: Aldousa Huxleya i jego „Nowy wspaniały świat”, dokładnie, ze zrozumieniem, litera po litera, dogłębnie i śródsensami. Dodałabym jeszcze „Paradyzję” Janusza A. Zajdla. Możliwie jak najszybciej, książę czas jest nieubłagany, Learami staniemy się kiedyś wszyscy. Jedni wcześniej, inni później, pewna część nas w pogoni za pięknem i młodością nawet owej jesieni dożyć nie zdąży…

Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna” to spektakl, który wsącza w widza się powoli… Najpierw intrygując z lekką domieszką konsternacji; potem przychodzi zaciekawienie, przechodząc po pierwszych słowach monologu Lucy’ego z „Czekając na Godota” w drobną złość (przecież nie znoszę Becketta), wreszcie wprawiając w melancholię i lekkie musowanie mózgu. Refleksja przychodzi następnego dnia rano, pomiędzy jednym nieśpiesznym łykiem kawy a drugim spojrzeniem na rozsłonecznione Emausowe niebo; podobne nostalgii, która jako bliźniaczka refleksji, zjawi się za chwileńkę. Dopiero dużo później sensy i zagadki, które wsączyły się w mój mózg sobotnim późnym popołudniem, splatają się w kilim: wszystkie zagadki rozwiązane, rebusy odszyfrowane, klucze we właściwych zamkach. Ale czy na pewno wszystkie, w pełni i dokładnie… Tego tak naprawdę nie wie nikt. Przecież ludzkie życie to nieustanna podróż: od świtu pierwszego zdziwionego otwarcia zawsze błękitnych jak niebo oczu po zdziwione lub spokojne ostatnie spojrzenie na zmierzchowego Asriela, Anioła Snu Ostatecznego…

Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna” na motywach „Króla Leara” Williama Shakespeare, reżyseria, scenariusz i opracowanie muzyczne: Paweł Miśkiewicz, współpraca dramaturgiczna Joanna Bednarczyk (PWST), scenografia i kostiumy Barbara Hanicka, światło i multimedia Marek Kozakiewicz, kierownictwo muzyczne Halina Jarczyk, konsultacja choreograficzna Iwona Olszowska, konsultacja kaskaderska Tadeusz Widomski; obsada: Jerzy Trela(gościnnie), Dominika Bednarczyk, Monika Frajczyk(PWST), Dorota Godzic, Wiktor Loga-Skarczewski, Tomasz Międzik, Jerzy Światłoń, Paweł Tomaszewski(gościnnie), Michał Wanio(gościnnie), Arkadiusz Karczewski, Stanisław Faliński, Anatol Maron, Hubert Schaffer, Włodzimierz Żurek; muzycy: Andrzej Czechowski, Ryszard Osiak, Eugeniusz Studnicki, Marek Włodkowski; Małopolski Ogród Sztuki premiera: 27 czerwca 2015;

Teatr Wybrzeże, prezentacja: 1 sierpnia 2015

Anna Rzepa Wertmann
http://www.aict.art.pl/loia-mainmenu-71/3731-dyptyku-krakowskiego-cz-druga-o-staroci-roztropnoci-w-sdach-i-yciowej-rozwadze